Nowy a raczej kolejny rozdział mojej życiowej księgi.

Chcą czy nie chcą trzeba żyć.

Znam już swój cel, drogę i środki wyrazu. A co z tego wyjdzie, dowiesz się czytając.

Blog - swoisty pamiętnik, skrótowiec
myśli, miejsce ewolucji duszy, miejsce wylania duszy na słowa.

Czytelnik - odbiorca myśli, iskra nadziei, naukowiec, miłośnik czytania nielogicznych
utworów epickich o charakterze refleksyjno-filozoficznych.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cisza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cisza. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 października 2011

Ja: Dialog z samym sobą

Kamil ten sam, a jednak inny. Tak coraz częściej słyszane przeze mnie słowa - zmieniłeś się, nie poznaje Ciebie. Dlaczego tak sądzisz? Przecież melancholia, asertywność, samotność, cele, rozterki, praca i choroba nie są Ci obce. A jednak wzbudzają już nie tylko w Tobie to niezrozumienie.

Jan Matejko - Stańczyk
W moje życie zostało wprowadzonych wiele zmian i dodatkowych urozmaiceń. I zgodzę się, że jestem ten sam, bo ciało i duch został ten sam lecz psychika jest inna. Co to znaczy? Nauczyłem się wyciszenia i spokoju, harmonii wewnętrznej. Doświadczyłem poważnych rozważań egzystencjalnych. Zrozumiałem asertywność i używam "nie". Przeżyłem całkowitą samotność w głębszym tego słowa znaczeniu. Postawiłem na swojej drodze cele, które pchają mnie do przodu, wyznaczają sens życia. Pojawiły się problemy, zakłopotanie i nie kiedy przerażenie o samego siebie. Dodatkowo praca i to nie tylko naukowa w szkole. A choroba to wystarczą "...".
Już nie jestem ten sam człowiek co przed wakacjami czy nawet w trakcie. Tylko w pewnym stopniu, bo to proces, który trwał naprawdę długo.
Wprawiam w zakłopotanie i nie raz we wściekłość. Nie dziwie się, sam nie raz ma to samo w stosunku do samego siebie. A czy to co się dokonało, a dokładniej dokonuje będzie dobre, to już przyszłość zweryfikuje.
Czy stałem się egoistą? Pewnie i tak. Bynajmniej tak zostaje odbierany. Dlaczego? Ponieważ zacząłem zajmować się swoim życiem, swoją przyszłością i drogą, na którą powołuje mnie Chrystus.
Czy zacząłem okłamywać siebie i innych? Hmmm... Chyba wręcz przeciwnie. Bo przestałem mówić tak myśląc nie, bo inaczej nie potrafiłem. Oszukiwać samego siebie, że jest wszystko ok, iż ze wszystkim sobie poradzę. Oszukiwać innych, że jest tak a nie inaczej.
Czy przestałem kochać? Na pewno zupełnie inaczej wygląda teraz w moim życiu miłość, niżeli wyglądała gdzieś koło kwietnia-maja. Czy jest bardziej doskonała? tego już nie wiem.
Czy stałem się cyniczny? Nie, po prostu mówię to, co jest prawdą i jest odpowiedzią na pytanie bądź zadanie. Czyli jednak może cynizm? To już od odbiorcy zależy. Bo każdy i tak, każdy czyta, tak jak chce przeczytać, a nie, tak jak jest na prawdę. I tu jest pies pogrzebany.
Dlaczego lubię tak milczeć? Ukochałem to, co mobilizuje mnie do myślenia. Wiesz, że ranisz tym innych? Wiem, jestem tego świadom, bo nie raz już tego doświadczyłem. A jednak to robisz? Bo nie potrafię inaczej walczyć z tym, co dzieje się we mnie.
Dlaczego zakładasz maski? Każdy je ma, w dzisiejszym świecie nie jest możliwe chodzenie bez nich. Zastanawiam się czy w ogóle istnieje coś takiego jak prawdziwe "JA". A to dlaczego? Bo jak nie jesteśmy dzieckiem, to uczniem, to wychowankiem, to przechodniem, to potencjalnym klientem, wiec gdzie w tym tłoku mogę odnaleźć siebie? W ciszy i harmonii z samym sobą.
Jedne z wielu pytań zadanych mi ostatnio. Krótkie odpowiedzi, myślę, że w miarę przejrzyściej, dokładniej ze szczegółami się nie da, gdyż ogranicza to fakt, że ten blog jest ogólnodostępny.
Refleksje z dnia dzisiejszego: Coś co jest trudne do zrozumienia, a zarazem połączone z nienawiścią i złością bądź z emocjami, jest nie do pojęcia. Zarówno mówię to dla Was jak i dla siebie.

środa, 15 czerwca 2011

Samotność


 Lubię samotność kontrolowaną. Lubię włóczyć się po mieście. Nie boję się, że przyjdę do pustego mieszkania i sam położę się do łóżka. Boję się, że nie będę miał za kim tęsknić, kogo kochać. Potrzebuję ciepła i bliskości.
— Kuba Wojewódzki

 Kiedy zastanawiam się, czy może samotność nie jest moją drogą życiową, to pojawia się we mnie nieopisywalny lęk. Jak to powiedział Kuba Wojewódzki, że nie boi się włóczyć sam po mieście. Tak samo i ja mogę chodzić godzinami uliczkami miast, mijając zakochane pary, rodziców z dziećmi, babcie i dziadków, i nadal czując się dobrze ze swoją samotnością. „Nie boje się, że przyjdę do pustego mieszkania”. Tego też się nie boję. Wrócić wieczorkiem po długim spaceru i rozłożyć się na łóżku i zapomnieć o bożym świecie. Czego tu się bać. Nawet samotność w łóżku nie jest straszna.

Jednak lęk to nie o to co cielesne, a o to co duchowe. Chodzę sam, mieszkam sam, śpię sam, więc za kim mam tęsknić, o kogo się troszczyć? Nie ma. Kogoś pokochać? Nie ma.

Jestem tylko człowiekiem i jak każdy potrzebuje ciepła i bliskości.

Nie proszę o tę samotność najprostszą
pierwszą z brzega
kiedy zostaję sam jeden jak palec
kiedy nie mam do kogo ust otworzyć
nawet strzyżyk cichnie choć mógłby mi ćwierkać
przynajmniej jak pół wróbla
kiedy żaden pociąg pośpieszny nie spieszy się do mnie
zegar przystanął żeby przy mnie nie chodzić
od zachodu słońca cienie coraz dłuższe
nie proszę Cię o tę trudniejszą
kiedy przeciskam się przez tłum
i znowu jestem pojedynczy
pośród wszystkich najdalszych bliskich
proszę Ciebie o tę prawdziwą
kiedy Ty mówisz przeze mnie
a mnie nie ma
- ks. Jan Twardowski

Samotność prosta, a zarazem trudna, trudniejsza. Bo czyż ta najprostsza nie jest równie trudna jak ta trudniejsza?

Gdy myślę o samotności na myśl przychodzi mi ten wiersz. Prosty, a zarazem przepełniony życiową mądrością. Bo gdy zostaje sam, kiedy nie mam z kim porozmawiać, kiedy wszystko cichnie, kiedy żadne pociąg nie spieszy się do mnie, kiedy zegar przystanął to jestem na tą samotność z góry skazany. Jest ona wytłumaczalna w moim umyśle. Nie ma nikogo i muszę się z tym pogodzić.

Ale kiedy ta samotność przychodzi trudniejsza, kiedy nawet wśród ludzi czuje się samotny, nawet wśród najbliższych (przyjaciół, rodziny) to już nie jest takie proste do wytłumaczenia. Smutek, a czasem wręcz rozpacz.

Tak pragnął bym bliskości i ciepła, a wokół tylko samotność, czy to wśród znajomych, kolegów, koleżanek, czy to wśród przyjaciół, czy to wśród najbliższych, zawsze sam. (dla wyjaśnienia chodzi mi o samotność, która jest w nas mimo wszystko, u mnie jest w dość dużej większości - to nie oznacza, że nie ma przyjaciół, którzy dają mi UŚMIECH i radość)

Już nie przemawia do mnie prawdziwa samotność „Kiedy Ty mówisz przeze mnie, a mnie nie ma”. Może i potrzeba czasu, by powróciła prawdziwość, ale jak na razie niech trwa prosta, ale zarazem i trudna samotność.

sobota, 26 lutego 2011

Zaufać i ufać.

"Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy." Mt 6, 24-34
 Bóg w tym fragmencie pokazuje w sposób szczególny bezgraniczną i zazdrosną miłość do człowieka. Już pierwsze zdanie sygnalizuje, że Bóg nie chce się dzielić, a pragnie posiadać całego człowieka na wyłączność. Duszę jak i ciało. A za tym idzie również każde czynności i potrzeby ludzkie. Skłania człowieka ku refleksji nad podzielnością uwagi. Czy jesteśmy w stanie podjąć się działania w dwóch całkowicie różnych grupach w pełnym zaangażowaniu? Czy potrafimy w jednym momencie wykonywać dwie czynności w taki sposób, by żadna nie uniżała drugiej?

Dlaczego Bóg zwrócił uwagę na służbę Bogu i Mamonie?

"(...) nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się przyodziać. [...]" Bóg nie prosi o całkowite zaprzestanie troszczenia się o potrzeby cielesne, jednak prosi o umiar, o minimalizm. Nasuwa się pytanie - po co? Może Bóg pragnie, by człowiek odkrył Go w sobie, poczuł Jego bezgraniczną miłość. Można stwierdzić, że Bóg jest egoistą. Przecież na nasz ludzki rozum Bóg troszczy się o swoje potrzeby. Jednak Jego potrzeby, pragnienia są zgodne z naszymi. Bóg pragnie Miłości naszej, w tym szczęścia i radości. Egoizm Boga to tylko nasz ludzki wymysł, by odrzucić myśl o tym, iż Bóg pragnie nas. Nie zwracając na nic uwagi. Ani na wygląd, ani na charakter a już tym bardziej na światopogląd On nas kocha.

"Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie?"


Bóg pokazuje ważność. Sugeruje, a nie wymusza. Okazuje nam naszą wolną wolę oraz nasz rozum. Czy tym zdaniem nie traktuje nas jak Przyjaciół? Jako najbliższe mu osoby? Troska, a zarazem Jego pojmowaniu retoryczne pytania domagają się odpowiedzi w duszy każdego człowieka. Po cóż nam pokarm bez życia, a odzienie bez ciała? Człowiek szuka "skutków", nie zastanawiając się nad "przyczyną". Bardzo ostatnio popularne pytanie - żyjemy aby jeść, czy jemy aby żyć. Niby śmieszące pytanie wielu młodych osób, a za razem dość głębokie i pełne refleksji. Pokarm, odzienie. Rzeczy nieuniknione. Bóg w tym zdaniu Ewangelii pokazuje wartościowość, hierarchię. Pokarm i odzienie nie są najważniejsze. Po cóż one by znaczyły gdyby nie było życia i ciała?

Bóg pokazuje nam dwa przykłady lilii i ptaków niebieskich. Używa alegorii, by człowiek urzeczywistnił mocne słowa. Bóg tłumaczy, jak opiekuńcza Matka, a zarazem srogi Ojciec. Bóg jest całością świata. Pokazuje nam wartość człowieka w Jego oczach, miłością jaką ku nam skierował. Mimo Jego starań ciągle ludzie dalej "zbytnio się troszczą", zadając sobie pytania: "Co będziemy jeść? Co będziemy pić? Czym się odziejemy?" Bóg odpowiada surowo, "(...)o to wszystko poganie zabiegają."

Bóg niczego nie pragnie więcej jak zaufania. Jak bezgranicznej ufności Jemu. Zapewnia nas, że jest świadomy naszych potrzeb, nawet nam obiecuje, że dam nam ich na tyle, abyśmy byli szczęśliwi, i na ile tego potrzebujemy. Bóg wie. Prosi o zaufanie.


Czy potrafimy ufać?

Pierwszym krokiem jest zaufać. Wejść w Jego tajemnice z pokorą serca i z całkowitym oddanie. Bezgranicznie oddając się w Jego opiekę. On nie wymaga od razu ascezy, jedynie pragnie, by w naszym życiu znalazła się chwila dla Niego. Chwila na Jego obecność.

Drugim krokiem jest trwanie w ufności. Nie oznacza to stania w miejscu w zaufaniu. Nie, nie, nie. Całkowite nie! To ciągła walka samego człowieka. Ciężka próba. Postęp jest stopniowy, ale siła Boża o wiele szybsza. "Bóg za dobre wynagradza".

Na pozór proste słowa, a jednak w momentach słabości, kryzysu wiary, cz nawet oschłości duchowej pojawia się zwątpienie. Bolesne dla obu stron. Czy potrzebne? Pewnie tak, ponieważ Bóg dopuszcza do tego. W moim przekonaniu chwilę słabości, nawet zwątpienie, to tylko lekki krok w tył, by nabrać rozpędu naprzód. Z większą i silniejszą mocą, werwą, nadzieją.

Bóg prosi o zaufanie.

Czy jesteśmy gotowi wejść na tą drogę zaufania?

Jeżeli wyjdziemy to czy wytrwamy w ufności i będziemy szli ku Niemu?

Wszystko znane jest tylko Bogu. Spróbuj. Powierz się Jemu. Zaufaj. Spróbuj. Może odkryjesz w tym swoją drogę. Może w tym rozkochasz się. I powierzysz mu całe życie. Może zaufasz mu tak, że na Jego Głos odpowiesz mocnym i pewnym - TAK!!!



Ufajmy Bogu, bo w Nim Nadzieja.

Asceza we współczesnym świecie

Przygotowując się do zbliżającej się szkoły, a szczególnie zbliżającego się sprawdziany z polskiego, ze średniowiecza, zastanowiłem się nad ascezą. Dla wyjaśnienia. Asceza to styl życia polegający na surowym i wstrzemięźliwym życiu, wypełnionym postem i modlitwą w odosobnieniu oraz nad umartwianiem ciała, w celu doskonalenia duszy i osiągnięcia świętości. Czy w naszym świecie, w naszym otoczeniu są asceci?

Od czasów średniowiecza po dzień dzisiejszy, a zapewne i dalej, życie człowieka i jego ziemska egzystencja ewaluowała do tego stopnia, że porównując czasy średniowiecza z dzisiejszym światem są to dwa różne światy, i dwa różne światopoglądy, i dwa różne rodzaje człowieka.

Ascetyzm XXI wieku. W swoim dotychczasowym życiu nie spotkałem jeszcze pełnego ascety, ale muszę powiedzieć, że znam wiele osób, które swoim stylem życia, swoim tokiem rozumowania, swoim przykładem życia są po części ascetami. Dlaczego po część? Jak wszystko od czasów wczesnośredniowiecznych (czyli mówimy o czas V-VI wiek n.e) ewaluowało doprowadzając do dnia dzisiejszego całkowicie odmienne wzorce. Również i ascetyzm przez prawie półtora tysiąca lat zmienił się. Ale czy aż tak bardzo?

Czy możemy wśród naszego otoczenia wskazać ascetów?

Raczej nie. Odpowiedź jest prosta. Ponieważ współcześni asceci są zmuszeni do życia w świecie technologii i dóbr doczesnych. Ale w swoim wnętrzu tkwią w myśli odosobnienia. Według mnie, właśnie na tym polega współczesna wersja ascezy. Tzn. Na wewnętrznym stylu polegającym na surowym i wstrzemięźliwym życiu. Oznacza to, że człowiek w swoich rozważaniach, w samokrytyce, jak i opiniach jest surowy, oznacza się dość stoicką postawą. Wstrzemięźliwość mogłaby się i pewnie kojarzy najczęściej z wstrzemięźliwością od pokarmów mięsnych (jak mówi jedno z pięciu przykazań kościelnych), ale we współczesności może pokazywać wartości spokoju, dystansu, wewnętrznej harmonii, a za razem opartej na „złotym środku”. Asceza wypełnienie życia postem i modlitwą w odosobnieniu. Współczesność. Można post we współczesnej ascezie można rozpatrywać jako wyrzeczenie się duszy, ograniczeniem duszy, katorgą duszy, hartowaniem.

Jednak ja wprowadzić post dla własnej duszy?

Modlitwa we współczesnym świecie. Mimo Kościołów, wolnego dostępu do wszelkiego rodzaju wspólnot, nieskończonych możliwości wyjazdów na rekolekcje, spotkania, powołaniówki, człowiek potrzebuje samotności. Samotnej modlitwy. Wewnętrznej modlitwy. Modlitwy duszy.

Powstaje jednak kolejne pytanie – jak się modlić? Szczególnie w sposób odosobniony.

Asceza – umartwiania ciała. Przy dzisiejszych możliwościach dbania i rozpieszczania własnego ciała jak możemy mówić o ascezie w tym kontekście. Może jednak damy rade. We współczesnym świecie również możemy dostrzec czynności, rzeczy, które dodają pociechy nam i naszemu ciału. Czy jednak jesteśmy w stanie je ograniczyć? Przykładem mogą być nałogi, w dzisiejszych czasach postęp tej dziedziny jest bardzo szybki. Uzależnienie od leków, komputera, telewizora, komórki, Spa, chipsów, narkotyków, papierosów, alkoholu, siłowni, odchudzania. Wszystko na pozór dostarcza nam pociechy, a z czasem wykańcza nasz organizm. Jednak jak w tym wszystkim można odnaleźć ascezę. Według mnie to ona w tym wszystkim trwa najmocniej. Gdy odrzucimy wszystkie przyjemności, wszystkie nasze przyzwyczajenia, nałogi, nawyki, pragnienia cielesne staniemy się swoistymi ascetami, ale jak czy to wszystko? Może potrzeba jeszcze zminimalizowania optymalności.

Jednak czy człowiek XXI wieku jest na to gotowy?

Asceza to doskonalenie duszy. W dzisiejszych czasach właśnie doskonalenie duszy można uznać za najbardziej ciężką pracę na całym świecie. Dlaczego? Wszystkie udogodnienia ziemskiej egzystencji zakłócają nam harmonie duszy. Telewizor, komputer, telefon. Pomagają w komunikacji, a za razem fałszują naszą osobowość. W jaki sposób nie będziemy się zagłębiać. Więc czy człowiek może pokonać bariery technologiczne, by dobić do własnej duszy? Zastanawiam się, co by odpowiedzieli ludzie, gdyby ktoś zapytał ich o ich duszę. Wyrwanie się z sideł współczesności nie jest proste, ale jest możliwe. Dość wiele osób z mojego otoczenia powtarza teorię o pracowaniu nad sobą, można również podłączyć pod to pracę nad udoskonaleniem duszy. Wszystko pięknie brzmi w słowach. A jak w wygląda to w praktyce. Dusza człowieka potrzebuje czasu, refleksji, zadumy i samotności, a przede wszystkim wytrwałości. Czy można to osiągnąć w dzisiejszych czasach?  Każdy mógłby się zastanowić, czy znalazłby czas dla siebie. Asceza wymaga. Wymaga przede wszystkim czasu i ciężkiej pracy. Wewnętrznej. Duchowej.

Czy człowiek jest wstanie podjąć tak żmudną i czasochłonną pracę?

Asceza mknie ku osiągnięciu świętości. Czy dzisiaj jest wiele osób, które pragną być święte? Dążenie do świętości zobowiązuje. Wymaga wyrzeczeń, kultury, relacji z Bogiem, bycia przykładem. Droga kręta, niebezpieczna, przechodzi po zboczach wysokich gór, sięgających nieba. Wszystko dzisiaj przelicza się na opłacalność. Ale czy można właśnie świętość i drogę ku niej przeliczać na opłacalność? Porażki, cierpienia, bóle, zwątpienia nie ustające sytuacje na tej drodze.

Czy świętość, nie przeraża? Czy droga ku niej nie jest zbyt ciężka, czy w ogóle opłaca się?

Wiele jest pytań, a wiele jeszcze odpowiedzi. Jedno jest pewne. W dzisiejszych czasach można spotkać ascetów. Nie można łudzić się, że będą to bohaterowie średniowieczni. Cisza i pobożność. Skromność i ubóstwo. Minimalizm i obiektywizm. To cechy współczesnego ascety.


Czy każdy może nim zostać?

Według mnie nie. Zarówno jak było to w średniowieczu, tak i dzisiaj ascetyzm jest szczególnym powołaniem. Powołaniem na miarę powołania zakonnego. Na które trzeba odpowiedzieć tak, albo nie. Bo tylko takie są możliwe odpowiedzi.

Czy ascetyzm to Twoje powołanie? Jeżeli tak, to jaka będzie twoja odpowiedź?

Powiesz tak, i pójdziesz górską ścieżką, czy powiesz nie i pójdziesz z tłumem autostradą do nieba?

Zastanów się co jest bardziej warte i gdzie są piękniejsze widoki.

czwartek, 24 lutego 2011

Przyjaciela mam...


Przyjaciela mam…
Jak pięknie brzmią te słowa. Tylko jak wiele osób z nas może to powiedzieć całym sobą z całą odpowiedzialnością. Przyjaciela mam. On jest. Na krańcu świata. On jest.

 W najgorszych momentach mówimy, że chcielibyśmy mieć kogoś obok siebie. Aby po prostu był. A jednak „(…) cisza i pustka dookoła (…)”. Samotność. Tak często nam doskwiera, wadzi. A może to jest ta droga. Może do tego jesteśmy powołani.

Ale jednak nie. Bo Przyjaciela mam. Nie jestem samotny. Ale gdzie On jest? On jest. Często nie zauważony, porzucony gdzieś w kąt. Czy On nie czuje samotności? Czy On nas nie potrzebuje? On jest, ale nas nie ma. My błądzimy gdzieś obok, szukamy choć mamy tuż, tuż. Może nie dojrzeliśmy.

Przyjaźń to nie zabawa. To związek na całe życie. To wzajemna obecność, radość i smutek. Czy prosta? Na pozór. A w rzeczywistość? Trudna, bolesna, skomplikowana, wymagająca.

On jest.
On mimo wszystko jest. Kiedy już obok nikogo nie ma. Gdy wśród ludzi czujemy się samotni. On jest. On przychodzi nie zauważany. Mijamy Go miliony razy dziennie. Nie odezwiemy się. Błądzimy tylko gdzieś wkoło. W pośpiechu i zawirowaniu.

Czy kiedyś Go dostrzeżemy?

Po latach obwitych przychodzą lata chude. Obwitych w przyjaciół. „Było ich tylu, że nie zliczył chyba nikt.[…]”. Aż chciałoby się krzyknąć „Niech stanie wieża”. A jednak pewnego dnia wszystko się skończyło. Znikło jak bańka mydlana, pozostawiając niezniszczalny płyn na naszej skórze. Poszło w zapomniane. Pozostały tylko wspomnienia.
Nastała samotność.
Totalna pustka.
Czy aby na pewno?
Może jeszcze gdzieś tli się nadzieja. Może gdzieś nie przygasło całkowicie ognisko przy wschodzie słońca. Ktoś mógłby powiedzieć – jaka nadzieja, przecież wszystko już stracone. Może nie wszystko. Gdzieś nie daleko pozostał ktoś, kto cały czas na nas czeka, zaprasza, proponuje. Ale nie zauważalnie sami wymykamy się.

Czy to ze strachu?
Jego potęga i siła. Jego mądrość i wielkość. Jego Miłość i opiekuńczość. A my? Nasz marność i uległość. Nasza grzeszność i słabość. Czy warto? Czy naprawdę warto?

Pamiętaj! Wejdziesz. Poznasz. Rozkochasz się. Nie będziesz mógł odejść, zostawić. Będziesz chciał więcej, więcej i więcej. Pokochasz. Zatracisz. Utopisz się w wirze otchłani.

Nie będzie już drogi powrotu.

Pamiętaj! Nie będzie.

Zostaniesz z Nim na zawsze. Przeraża? A jednak piękne. Móc w dzień czy w nocy, każdego dnia powiedzieć – PRZYJACIELA MAM… Nie będziesz szczęśliwy?  Nie będziesz w „niebie”?

co pociesza mnie…
On zawsze jest. Co to znaczy pociesza? Mnie? Prosta odpowiedź. On jest. Wystarczy jak milczy. Wystarczy jak jest obok. Wystarczy sama świadomość. Wystarczy sama chwila.

Napoić się Jego obecnością. To znaczy Jego pocieszenie. Napoić się Nim. Być  z Nim w bliskiej relacji. Być Jego Przyjacielem.

On będzie obok, gdy tego będziemy potrzebować. On nie zostawi. On nie odejdzie. On będzie zawsze. On będzie przytulał nas gdy uronimy łzę. On będzie. On jest.

Ale czy Go dostrzeżemy?

Czy nie ominiemy Go idąc ulicą?

…Gdy o Jego ramię oprę się…

Jego ramię. Mocne, pewne. Nie zachwieje się. Nie odskoczy. Pozostanie mimo wszystko. Ale pod warunkiem, że sami Go zaprosimy. On nas nie zmusza. On jest.

Dotykamy Jego co wieczór, a co rano budzimy się obok. Czy to paranoja? Nie. To piękne chwile. Jego obecność. Czy to utrudni nam życie? Oj, wręcz przeciwnie. Dwa razy mocniej, dwa razy silniej, i milion razy szczęśliwiej. W cierpieniu to ramie jest jeszcze pewniejsze i samo zaprasza nas do siebie. Nie bój się. Przyjdź i przytul się. Nie bój się.

Wstyd. Onieśmielenie. To nie z Nim. Przy Nim jesteś sobą. Przy Nim nie wstydzisz się niczego. On i tak jest. On i tak będzie obok.

W Nim nadzieję mam…
On dodaje tej pewność. On dodaje nam radość. On jest Życiem. Przyjaciel jest Życiem. Przyjaciel jest Wiarą. Przyjaciel jest Nadzieją. Przyjaciel jest Miłością.

Czy jednak my potrafimy to pojąć?
Czy dostrzegamy Jego dar wobec nas? Czy nie odtrącamy tego?

Ucieczka? Czy to nie było, by dobre rozwiązanie?

Słowa dla człowieka mało istotne, ale w Jego ustach. Te słowa brzmią inaczej. Są pełne prawdy. Są pełne realizmu. Pełne głębi. Bo… On jest Nimi.

…Uleciał strach…
W zdrowiu czy chorobie. W radości czy smutku. On jest. Jest jak lekarstwo na każdą najmniejszą chrypkę. Jest lekarstwem na gorsze dni. Jest lekarstwem na dołka. On jest.

Czy jednak my umiemy to lekarstwo połknąć?
Czy potrafimy je wziąć do ręki i włożyć do buzi?

Kolejna ucieczka? Za mocne słowa?

Ale te słowa są inne. Prawdziwe. Piękne. Szczere. On jest. Milczy.

Czy nadal tkwimy w strachu?
Przychodzi oczyszcza, dodaje pewności. Dodaj siły i mocy.
Nie bój się.

On najbliżej jest…
On najbliżej. On w całej swojej okazałości. On sam. On jest. Gdy już nikogo wokół nie ma, albo czujemy się samotni. On jest. Gdy jesteśmy wśród ludzi, szczęśliwi do granic możliwości. On jest.

Czy jednak potrafimy Go zobaczyć?
Czy potrafimy Go przyjąć do swojego grona?

Po raz kolejny ucieczka?

Padły za mocne słowa. Kolejne i kolejne. Końca ich brak. Znowu nabrały rozpędu. Aż płoną Ogniem Wiary, Nadziei i Miłości. Ogień mknie ku górom, morzom, oceanom.

…jak zawsze troszczy się…
Opiekuje się. Przytula. Głaszcze. Ociera łzę. Trzyma za rękę. Milczy siedząc obok. On jest. Trwa. Nie pozwala nam odejść. Nie pozwala zostawić. Nie pozwala wymknąć się. A jednak daje nam wolną wole. Nie pozwala, ale dopuszcza. Nie pozwala, ale wybacza.

Czy jednak umiemy docenić i nie odtrącić?
Czy potrafimy złapać mocniej i w pełni oddać?

Kurcze za mocne słowa? Nogi za pas?

Czy to jednak nie piękne?

Przyjaciela mam… co pociesza mnie… gdy o Jego ramię oprę się… W Nim nadzieję mam… Uleciał strach… On najbliżej jest… jak zawsze troszczy się…


KRÓLÓW KRÓL
Z NAMI BÓG…

Jezus…

Czy to On?

środa, 1 września 2010

Twoja Moc mnie uzdrawia.

 JEZU Ty w swojej nieskończenie wielkiej MIŁOŚCI uzdrawiasz nawet najbardziej skryte brudy naszego serca. Dodajesz Wiary, Nadziei i Miłości. Swoją pomocną dłonią, w trudnych momentach przytulasz do swojego serca namacalnie mówiąc: "...Kocham...".

Panie sama świadomość Twojej Miłości wobec mnie doprowadza mnie do przeogromnej radości i pokoju serca.

Ty jesteś święty, Panie, jedyny Boże, Ty dokonujesz przedziwnych rzeczy, Ty jesteś mocny. Ty jesteś wielki. Ty jesteś najwyższy. Ty jesteś Królem wszechmocnym. Tyś Ojciec święty, Król nieba i ziemi... Ty jesteś dobrem, całym dobrem i najwyższym dobrem, Panie, Boże żywy i prawdziwy. Ty jesteś miłością i kochaniem. Tyś mądrością. Tyś pokorą i cierpliwością. W Tobie bezpieczeństwo. W Tobie pokój. Ty jesteś radością i weselem... Ty jesteś bogactwem i wystarczalnością. Tyś pięknością. Tyś łagodnością. Tyś jest opiekunem, stróżem i obrońcą. Ty jesteś mocą. Tyś orzeźwieniem. Tyś naszą nadzieją, naszą wiarą, naszą wielką słodyczą. Ty jesteś naszym wiecznym życiem, wielkim i przedziwnym Panem, Bogiem wszechmocnym i miłosiernym Zbawicielem (św. Franciszek z Asyżu).
 Kiedy w człowieczym sercu zrodzi się przeogromny chaos - lęk, strach, ból. Ty Panie przychodzisz, tak mocno przytulasz, że zaczyna brakować oddechu, zsyłasz swoją Miłość, odradzając w człowieku NADZIEJĘ. Prawdziwą, zawartą w każdym ruchu, mowie i czynie.

"[...]Z Tobą mój duch nie ustanie,
Z Tobą wszystkiemu podołam.[...]" Ciągle zaczynam od nowa
 Zrozumiałem jedno. Puste słowa nie wystarczą, trzeba przeżyć, by zrozumieć, trzeba doświadczyć, by pokochać. Nie tylko w radościach, ale w cierpieniu mieć zawsze ufność w Panu. Po wszystkie dni, aż do skończenia Świata. Amen.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Wybór. Decyzja. Odpowiedzialność.

Decyzja. Życiowa decyzja. Wybór. Całe nasze życie składa się z wyborów, podejmowania decyzji i brania za nie całkowitej odpowiedzialności. Nie zależnie od okresu, w którym jesteśmy (tzn. dzieci, młodzież, dorośli, starcy), nie zależnie od poglądów, sposobu życia, zdrowia bądź choroby. Czasami jest to najtrudniejsza decyzja, najcięższy czas bo czas próby. ALE TO JEST NASZA WOLNOŚĆ! Bez rozkazu, nakazu i zakazu. Chcesz bądź nie chcesz. Możesz, ale nie musisz. Ale pamiętaj za wszystko ponosisz odpowiedzialność.

Rodząc się każdy z nas otrzymał życie i wolny wybór, i po śmierci będziemy z tego życia rozliczeni i z wyborów jakich dokonujemy. Nie ważne czy jesteś biały czy czarny, Polak czy Amerykanin każdy z nas ma do pokonania najtrudniejszą i najcięższą drogę – Życie. Jednak Bóg chce nam ułatwić to, stawiając drogowskazy, policjantów kierujących ruchem, objazdy, mapy, tablice. Nie zawsze one są doskonale widoczne dla oczu, czasami są ukryte za wyrośniętymi drzewami, zarośniętymi krzakami, niżej bądź wyżej i nie zawsze są od razu jasne. On chce nas zmusić do pracy, do oddania się, całkowitego. My chcieliśmy wolność z głupoty. Nasi praprzodkowie Adam i Ewa przez skuszenie się na jabłko z zakazanego krzyża (przez namowę węża) postawili na naszej drodze fałszywe znaki, ludzi i drogowskazy, a jednocześnie zbudowali zjazdy z tej drogi. Jest dobro i zło. I za każdym razem musimy podejmować decyzje, nie zawsze mamy na tyle czasu, aby wszystko na spokojnie przemyśleć. Potrzebujemy szybkiej, gwałtownej reakcji – IMPULSU. Tak jak człowiek dotykający wrzątku oderwie ekspresowo rękę, tak my w ciężkich wypadkowych wyborach kierujmy się impulsem, wtedy kiedy my – nasze ręce, serce i umysł dotykają złego. Bóg jest w stanie nas tak napełnić Życiem, swoją Miłością, że narodzi w naszej duszy impulsy na zło, nauczy nas odróżniać dobro od zła na tyle dobrze, że będziemy mogli szybko reagować. Pozwólmy Bogu pokierować naszym samochodem życia. Ale, ale… nie tak szybko. Przecież ktoś by powiedział, że nikt za nic nic nie zrobi. I Bóg też czegoś oczekuje od nas.

W Ewangelii Świętego Mateusza mówi to wyraźnie „Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech zaprze się samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę przyniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swymi i wtedy odda każdemu według jego postępowania”. (Mt 16,24-27)

„Jezus powiedział (…)”. Dał propozycje, ale pozostawił wybór. Chcesz pomogę, nie chcesz nie pomogę. „(...) do swoich uczniów.” Powiedział do każdego z osobna. Do mnie również. Nazwał mnie swoim uczniem czy to nie wspaniałe. Ja, grzesznik, Jego uczniem. „Jeśli kto chce (…)”. Chce. Czyli możesz nie musisz. Jeśli. To ja jeśli chce. Nie muszę. Chce. Bez nakazu bądź rozkazu. Wolność, a zarazem wybór i odpowiedzialność. „(…) pójść za mną,(…)”. Iść za osobą, którą jest bezinteresowna, chce naszej wolności, jednak oczekuje, pragnie, marzy. Dość typowo ludzkie reakcje, uczą. On nic nie chce. On pragnie. Ale to nasz wybór. Wolność. Wybór. Odpowiedzialność. „(…) niech zaprze się samego siebie, (…)”. Odpowiedzialność. Skutek. Dał nam wybór, a teraz oczekuje. Wybrałeś tą drogę, to zaprzyj się samego siebie, bo ja nie będę wstanie Ciebie prowadzić. Poddaj się Jego działaniu. Nie lękaj się. On wie co dla Ciebie najlepsze. Jeśli nie będziemy się wtrącać w Jego sposób prowadzenia naszego samochodu życia nie spowodujemy być może wypadku i nie spadniemy z naszej drogi. „(…) niech weźmie krzyż swój, (…)”. Każdy z nas dostał jakiś ciężar, jakieś cierpienie. Może być to choroba, problemy w rodzinie, w pracy, w szkole, nie akceptacja samego siebie, strach, lęk, uzależnienie. On nam oferuje pomoc. Weźmy ten bagaż i idźmy za nim. On pokieruje nami. On zna naszą drogę lepiej niż my bądź rówieśnicy. „(…) niech mnie naśladuje.”. On pragnie być naszym nauczycielem. Chciałby nas wyszkolić do perfekcji w miarę naszych ludzkich możliwości, byśmy pomogli mu kierować samochodami życiowymi innych osób, najczęściej naszych bliskich. „(…) Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, (…)”. To nic innego jak konsekwencja naszego wyboru. Podejmując wyzwanie pójścia za nim, pozwoliliśmy mu prowadzić naszym samochodem życia, jeżeli wtrącimy się i będziemy chcieli pojechać gdzie indziej spadniemy w przepaść i stracimy życie. „(…) a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.”. Bóg obiecuje nam, że jeżeli mu zaufamy i nawet spadniemy w przepaść On i tak będzie z nami i nam pomoże. Oczekuje zaufania. „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” Cóż z tego, że człowiek zwiedzi wszystkie pobliskie rejony drogi swojej życiowej, jeżeli straci najpiękniejszy odcinek na tej drodze? Coś za coś. Albo cały świat albo odcinek najpiękniejszego czasu w naszym życiu. „Albo co człowiek da w zamian za swoją duszę?”. Ile warte jest moje życie? Ile bym za nie dał? Ile bym dał za moją duszę? Czy jest Ona piękna warta Miłości, czy szara i brudna, w której trzeba posprzątać? „Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi (…)”. Przyjdzie ktoś kto do tej pory próbował kierować samochodem naszego życia. Próbował. Czy daliśmy mu tą szanse? Czy nie wchodziliśmy mu w paradę? Czy nie wyrywaliśmy kierownicy z Jego dłoni? „(…) i wtedy odda każdemu według jego postępowania”. Każdy otrzyma od Niego tyle, na ile zasłużył. Nie mniej nie więcej. Daje wybór. Ale zastanów się czy wolisz więcej prawdziwej Miłości, opieki, pomocy we wszystkim, prawdziwych przyjaciół, szczęścia. Czy wolisz żyć samotnie, bez nikogo zaufanego, bez powodów do prawdziwej radości. Wiele osób powiedziałoby, ale przez Boga mam o wiele łatwiej. Nie muszę chodzić do kościoła, modlić się, żyć skromnie. Mogę inaczej zagospodarować czas, mieć wielkie wille na całym świecie, znakomite ubrania. Ale czy będę miał chociaż jedną osobę, z którą byłbym naprawdę szczery, która by nie chciała nic w zamian. Czy byłbym szczęśliwy? Prawdziwie szczęśliwy, radosny? Czy być może nie widziałbym w każdym osoby, która poluje na moją gotówkę, na moje ubrania? Zastanów się Twój wybór.



Całe nasze życie jest wyborem. Mniejszym większym, ale cały czas wybieramy. Wiara i Bóg zabiera czas, energie, plany, ale dają Szczęście, Radość, Miłość, Przyjaźń, Opiekę, Troskę, Pomoc i wiele wiele innych rzeczy. Ale to nie tylko o wiarę chodzi. O każdy wybór. Miałem wybór albo pisać posta, albo rozmawiać z innymi osobami, albo siedzieć i nic nie robić. Wybrałem pisanie posta tracąc coś, ale zyskałem i wierzę, że zyskam więcej. Ale podejmując to wziąłem odpowiedzialność na siebie. I każdy nasz wybór taki jest. Każda sekunda naszego życia to wybór.

Ja, dzisiaj śmiało mogę powiedzieć, wiem jaką drogą chce iść, i że chce, pragnę i ufam, że Bóg poprowadzi mnie ścieżką mojego życia. On mi ją wyznaczył i On ją zna. Więc po co mam mieszać. Niech prowadzi, a ja w tym czasie się wiele nauczę. Nie zawsze On będzie trzymał kierownice, nie raz da mi ją pokierować. Mówiąc mi co mam robić, jednak to mój wybór czy Go posłucham czy nie. I że poniosę odpowiedzialność za każdy mój wybór. Dobry i zły. Nic nie zginie. Nic nie umknie. „Trwajcie bo nie znacie dnia ani godziny”.