Nowy a raczej kolejny rozdział mojej życiowej księgi.

Chcą czy nie chcą trzeba żyć.

Znam już swój cel, drogę i środki wyrazu. A co z tego wyjdzie, dowiesz się czytając.

Blog - swoisty pamiętnik, skrótowiec
myśli, miejsce ewolucji duszy, miejsce wylania duszy na słowa.

Czytelnik - odbiorca myśli, iskra nadziei, naukowiec, miłośnik czytania nielogicznych
utworów epickich o charakterze refleksyjno-filozoficznych.

czwartek, 24 lutego 2011

Przyjaciela mam...


Przyjaciela mam…
Jak pięknie brzmią te słowa. Tylko jak wiele osób z nas może to powiedzieć całym sobą z całą odpowiedzialnością. Przyjaciela mam. On jest. Na krańcu świata. On jest.

 W najgorszych momentach mówimy, że chcielibyśmy mieć kogoś obok siebie. Aby po prostu był. A jednak „(…) cisza i pustka dookoła (…)”. Samotność. Tak często nam doskwiera, wadzi. A może to jest ta droga. Może do tego jesteśmy powołani.

Ale jednak nie. Bo Przyjaciela mam. Nie jestem samotny. Ale gdzie On jest? On jest. Często nie zauważony, porzucony gdzieś w kąt. Czy On nie czuje samotności? Czy On nas nie potrzebuje? On jest, ale nas nie ma. My błądzimy gdzieś obok, szukamy choć mamy tuż, tuż. Może nie dojrzeliśmy.

Przyjaźń to nie zabawa. To związek na całe życie. To wzajemna obecność, radość i smutek. Czy prosta? Na pozór. A w rzeczywistość? Trudna, bolesna, skomplikowana, wymagająca.

On jest.
On mimo wszystko jest. Kiedy już obok nikogo nie ma. Gdy wśród ludzi czujemy się samotni. On jest. On przychodzi nie zauważany. Mijamy Go miliony razy dziennie. Nie odezwiemy się. Błądzimy tylko gdzieś wkoło. W pośpiechu i zawirowaniu.

Czy kiedyś Go dostrzeżemy?

Po latach obwitych przychodzą lata chude. Obwitych w przyjaciół. „Było ich tylu, że nie zliczył chyba nikt.[…]”. Aż chciałoby się krzyknąć „Niech stanie wieża”. A jednak pewnego dnia wszystko się skończyło. Znikło jak bańka mydlana, pozostawiając niezniszczalny płyn na naszej skórze. Poszło w zapomniane. Pozostały tylko wspomnienia.
Nastała samotność.
Totalna pustka.
Czy aby na pewno?
Może jeszcze gdzieś tli się nadzieja. Może gdzieś nie przygasło całkowicie ognisko przy wschodzie słońca. Ktoś mógłby powiedzieć – jaka nadzieja, przecież wszystko już stracone. Może nie wszystko. Gdzieś nie daleko pozostał ktoś, kto cały czas na nas czeka, zaprasza, proponuje. Ale nie zauważalnie sami wymykamy się.

Czy to ze strachu?
Jego potęga i siła. Jego mądrość i wielkość. Jego Miłość i opiekuńczość. A my? Nasz marność i uległość. Nasza grzeszność i słabość. Czy warto? Czy naprawdę warto?

Pamiętaj! Wejdziesz. Poznasz. Rozkochasz się. Nie będziesz mógł odejść, zostawić. Będziesz chciał więcej, więcej i więcej. Pokochasz. Zatracisz. Utopisz się w wirze otchłani.

Nie będzie już drogi powrotu.

Pamiętaj! Nie będzie.

Zostaniesz z Nim na zawsze. Przeraża? A jednak piękne. Móc w dzień czy w nocy, każdego dnia powiedzieć – PRZYJACIELA MAM… Nie będziesz szczęśliwy?  Nie będziesz w „niebie”?

co pociesza mnie…
On zawsze jest. Co to znaczy pociesza? Mnie? Prosta odpowiedź. On jest. Wystarczy jak milczy. Wystarczy jak jest obok. Wystarczy sama świadomość. Wystarczy sama chwila.

Napoić się Jego obecnością. To znaczy Jego pocieszenie. Napoić się Nim. Być  z Nim w bliskiej relacji. Być Jego Przyjacielem.

On będzie obok, gdy tego będziemy potrzebować. On nie zostawi. On nie odejdzie. On będzie zawsze. On będzie przytulał nas gdy uronimy łzę. On będzie. On jest.

Ale czy Go dostrzeżemy?

Czy nie ominiemy Go idąc ulicą?

…Gdy o Jego ramię oprę się…

Jego ramię. Mocne, pewne. Nie zachwieje się. Nie odskoczy. Pozostanie mimo wszystko. Ale pod warunkiem, że sami Go zaprosimy. On nas nie zmusza. On jest.

Dotykamy Jego co wieczór, a co rano budzimy się obok. Czy to paranoja? Nie. To piękne chwile. Jego obecność. Czy to utrudni nam życie? Oj, wręcz przeciwnie. Dwa razy mocniej, dwa razy silniej, i milion razy szczęśliwiej. W cierpieniu to ramie jest jeszcze pewniejsze i samo zaprasza nas do siebie. Nie bój się. Przyjdź i przytul się. Nie bój się.

Wstyd. Onieśmielenie. To nie z Nim. Przy Nim jesteś sobą. Przy Nim nie wstydzisz się niczego. On i tak jest. On i tak będzie obok.

W Nim nadzieję mam…
On dodaje tej pewność. On dodaje nam radość. On jest Życiem. Przyjaciel jest Życiem. Przyjaciel jest Wiarą. Przyjaciel jest Nadzieją. Przyjaciel jest Miłością.

Czy jednak my potrafimy to pojąć?
Czy dostrzegamy Jego dar wobec nas? Czy nie odtrącamy tego?

Ucieczka? Czy to nie było, by dobre rozwiązanie?

Słowa dla człowieka mało istotne, ale w Jego ustach. Te słowa brzmią inaczej. Są pełne prawdy. Są pełne realizmu. Pełne głębi. Bo… On jest Nimi.

…Uleciał strach…
W zdrowiu czy chorobie. W radości czy smutku. On jest. Jest jak lekarstwo na każdą najmniejszą chrypkę. Jest lekarstwem na gorsze dni. Jest lekarstwem na dołka. On jest.

Czy jednak my umiemy to lekarstwo połknąć?
Czy potrafimy je wziąć do ręki i włożyć do buzi?

Kolejna ucieczka? Za mocne słowa?

Ale te słowa są inne. Prawdziwe. Piękne. Szczere. On jest. Milczy.

Czy nadal tkwimy w strachu?
Przychodzi oczyszcza, dodaje pewności. Dodaj siły i mocy.
Nie bój się.

On najbliżej jest…
On najbliżej. On w całej swojej okazałości. On sam. On jest. Gdy już nikogo wokół nie ma, albo czujemy się samotni. On jest. Gdy jesteśmy wśród ludzi, szczęśliwi do granic możliwości. On jest.

Czy jednak potrafimy Go zobaczyć?
Czy potrafimy Go przyjąć do swojego grona?

Po raz kolejny ucieczka?

Padły za mocne słowa. Kolejne i kolejne. Końca ich brak. Znowu nabrały rozpędu. Aż płoną Ogniem Wiary, Nadziei i Miłości. Ogień mknie ku górom, morzom, oceanom.

…jak zawsze troszczy się…
Opiekuje się. Przytula. Głaszcze. Ociera łzę. Trzyma za rękę. Milczy siedząc obok. On jest. Trwa. Nie pozwala nam odejść. Nie pozwala zostawić. Nie pozwala wymknąć się. A jednak daje nam wolną wole. Nie pozwala, ale dopuszcza. Nie pozwala, ale wybacza.

Czy jednak umiemy docenić i nie odtrącić?
Czy potrafimy złapać mocniej i w pełni oddać?

Kurcze za mocne słowa? Nogi za pas?

Czy to jednak nie piękne?

Przyjaciela mam… co pociesza mnie… gdy o Jego ramię oprę się… W Nim nadzieję mam… Uleciał strach… On najbliżej jest… jak zawsze troszczy się…


KRÓLÓW KRÓL
Z NAMI BÓG…

Jezus…

Czy to On?

wtorek, 22 lutego 2011

Czasy obfite przechodzą w czasy chude, a w tym wszystkim nadzieja.

Wszystko do pewnego czasu płynęło strumykiem. W domu wszystko w porządku, nawet dogadywanie się z rodzicami, w szkole, choć nowej, było dość dobrze, z nauczycielami się dogadywałem, stopnie miałem nie najgorsze, a przede wszystkim wszyscy w miarę byliśmy zdrowi. Czas płynie dalej i tak jak napisałem w tytule nastały czasy chude. W domu pogorszyła się sytuacja, babcia  w szpitalu, z rodzicami różne spięcia, w szkole nie najlepiej przez moje opuszczanie z powodu choroby, z nauczycielami to lepiej nie mówić, a co najgorsze wszyscy coraz gorzej ze zdrowiem.

Oczywiście to nie wszystko w latach obwitych nawet kontakt z Bogiem był o wiele lepszy, a teraz oschłość duchowa, wewnętrzna pustka, samotność.

Czy zbliża się moja życiowa apokalipsa?

Z dnia nadziej sytuacja pogarsza się. Samotność zaczęła nawet doskwierać w śród znajomych. Rodzina zaczęła się niebywale zmieniać. Cała dotychczasowa egzystencja została przewalona o 180 stopni. Wszystko zostało zastąpione czymś nowym, nic nie pozostało takie samo, istne oczyszczenie. Obmycie Wodą Nadzwyczajną.

Nowe Życie.

17 rok życia. Jak chce go szybko przeżyć. A jednak w momentach, kiedy nie spodziewam się tego moje życie staje się nowe, czystsze, piękniejsze. W radości pojawia się smutek, w obfitości chudość, w zdrowiu choroba. Jednak pojawia się również w odwrotnej relacji. W smutku pojawia się radość, w chudość obfitość, w chorobie zdrowie. Na pozór nie dostrzeżone, nie zadowalające, a wręcz pogrążające rozpacz, a jednak. Piękne nowe.

Czy podczas apokalipsy nadejdzie Nowe Życie?

Nadzieja. Mimo naszego złudzenia, że odchodzi, ona tylko cofa się by nabrać rozpędu. Wraca jak bumerang ze zdwojoną siłą. Zmienia całe życie, nadając nowy, niepowtarzalny sens. Na pozór prosta, beznadziejnie prosta, a w rzeczywistości skomplikowana, nieubłagana, trudna. Pojawia się i znika.

Iluzja.

Pozostaje złudzenie. Czy tylko ono? Czy w naszym w wszechświecie nie ma idealizmu? Idealna nadzieja. Idealne życie. Może jest, a może go nie ma. Wszystko iluzją. Grą. Wielu filozofów przekraczających iluzjonistyczne idee egzystencji.


Po latach obfitych przychodzą lata chude, i choć może wydawać się nam, że nadziei już nie, przyjdzie oczyszczenie Wodą Życia, nastanie Nowy Dzień, a apokalipsa – nasza apokalipsa, przyniesie nadzieję lepszego jutra, nie prostą, ale skomplikowaną, owianą iluzją. Najlepszym sposobem na zastanawianie się nad egzystencją życie jest filozofia – umiłowanie nauk. Zagłębianie się w nią po woli, przyzwyczajając do zmian, nie raptownie. Można odkryć nie bywały świat. Dostrzec bardzo pokręcone ścieżki życia człowieka. Wiele pytań i wiele godzin poszukiwań. Czas.

Apokalipsa życiowa przechodzi w Nowe Życie przez oczyszczenie Wodą Życia, nastaje nowy dzień. Dzięki rosnącej nadziei. Filozofii, czyli ukochaniu nauk. I dzięki poświęconemu czasowi. Dla Boga nie liczy się czas. Liczy się nasza Wiara, Nadzieja i Miłość.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Staniecie się wolni

„Jeżeli zostaniecie wierni mojej nauce, będziecie rzeczywiście moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda uczyni was wolnymi”[1]

Odchodzimy, stoimy, albo przychodzimy. Nie trwamy w nicości. Pustka a jednak przestrzeń. Bóg nas zaprasza, abyśmy stali się wolni[2]. Abyśmy w Nim doznali swojej wolności. Nie potrafimy stać obojętnie w niewoli. Każdy z nas na swój sposób dąży do wewnętrznej wolności, dobycia niepodległym. Jak odkryć tą prawdziwą wolność, bez żadnych ograniczeń?

Dlaczego Bóg kieruje do nas słowa „zostańcie wierni mojej nauce”? Czy to tak wiele? On prosi tylko o zaufanie, wierność, oddanie, powierzenie swoich trudności. Błaga wręcz o wysłuchanie. Czy to jest tyrania? Nie! Bóg z Miłości do nas kieruje te słowa, byśmy nie pozostawali sami sobie. Czy chociaż raz zdarzyło nam się, żeby nam zależało, aby dana osoba nas wysłuchała? Bóg przeżywa to za każdym razem. Pragnie, abyśmy Go słuchali, abyśmy nie popełniali szczeniacki, banalnych błędów. A my co robimy? Uciekamy jak tchórze.

Czy ktokolwiek obiecywał, że Wiara, Nadzieja i Miłość będą proste? Czy ktokolwiek powiedział, że Słowo będzie prosto skierowane do człowieka?

Bóg daje nam siebie, daje swojego Syna jako Zbawiciela. Nie chce orderów, pieniędzy, czy sławy, pragnie tylko nas, każdego z osobna. Naszej prostoty i szczerości, naszej ułomności i ofiary, naszej miłości i nadziei, naszej nawet nieidealnej wiary. Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.[3].

Każdego dnia dostajemy dar – powołanie. W momencie poranka, w chwili snu, Bóg nas zaprasza. Bóg daje nam siebie. A my co robimy z tym darem? Czy potrafimy podziękować, nie tylko prostym słowem „dziękuje”?

Coraz więcej młodych osób nie dostrzega na świecie daru jakim jest życie. I mimo cierpień, chorób my, ludzie, żyjemy w zadufaniu. Martwimy się przede wszystkim o dobra doczesne, zapominając o najważniejszym – o naszym Stworzycielu, o naszym Darczyńcy.

Czy umiem dostrzec to co nie widzialne, nie materialne? Czy potrafię spełnić więc wszystko, co usłyszę od Ojca[4]? Odpowiedzieć na każde powołanie głosem radości.

TAK Panie, dla Ciebie wszystko. Oddaje całe swoje życie Tobie, powierzam każdą chwilę mojego życia. Ufam, że Twój Boski Plan mojej ziemskiej egzystencji, jest o wiele lepszy niż moje ludzkie szkice. Wiem, że Ty pragniesz mojego szczęścia i kochasz mnie mimo wszystko. Dziękuje, i na każde Twoje SŁOWO pragnę być gotowym i bez granicznie oślepionym.

TAK, Panie.!!!
TOTUS TUUS
 

[1] Fragment J 8, 31-32
[2] J 8, 33
[3] J 3, 16
[4] J 8, 38 (cześć)

niedziela, 23 stycznia 2011

"Pójdź za mną"

Jezu, Ty powołujesz mnie każdego dnia. Stawiasz coraz większe wymagania, a przy tym dajesz dwa razy więcej. Otaczasz opieką, a puszczasz w samodzielność. Chcesz kierować, a dajesz wolną wolę. Jesteś, a czasami znikasz. 

Egzystencja człowieka. Z sekundy na sekundę, z minuty na minutę, z godziny na godzinę, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok. Czy jesteśmy ciągle Ci sami?
Zrozumiałem. Śmierć to nie tylko przejście, to nie tylko koniec ziemskiego bytowanie, ale przede wszystkim bezgraniczne zaufanie. Każdego dnia ufamy. Lecz ten jeden moment, ta jedna chwila to całkowite zawierzenie. Przygotować się na własną śmierć. Co może to oznaczać? Mamy popadać w paranoje? Czy wręcz przeciwnie? Zapomnieć?

Tak wielu młodych, moich rówieśników, nie zastanawia się nad śmiercią, nad celem naszej ziemskiej wędrówki radując się dobrami doczesnymi. Pytam się, po co radować? Ktoś mądrze powiedział, że do śmierci należy dorosnąć. Jednak czy większość z nas nie obudzi się z przysłowiową ręką w nocniku?
I wieczne pytanie – co będzie dalej? Czy śmierć to koniec, czy tylko przejście, co jest po drugiej stronie. I tutaj już każdy zastanawia się, każdy analizuje, tylko kiedy. Gdy już ma 80-90 lat i zdał sobie sprawę, że przychodzi czas na niego? Gdy dotyka go cierpienie, choroba? Czy może są to przemyślenie mało interesujące w porównania z problemami XXI wieku.

Dotychczasowe moje życie skupiało się nad przemyśleniami, dlaczego, po co , na co, itp. Gdy nie zdałem sobie sprawy, przez różne wydarzenia życiowe, a w szczególności zdrowotne, że tak naprawdę Jezus może nas powołać każdego dnia, każdej godziny, każdej minuty, każdej sekundy do siebie, do Domu swego Ojca.

Na spotkaniu Oazowym rozważaliśmy niedzielną Ewangelię. Gdzie padły mocne słowa: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”[1]. Wtedy tak mocno dotarło do mnie, że Bóg nie powołuje raz w życiu, tylko cały czas, w każdym momencie mojego życia i do różnych rzeczy, spraw. Dla mnie najwidoczniejszym tego owocem jest dzień i noc. Każdego poranka Bóg powołuje nas do życia (życiem jest jeden dzień), układa swój plan dla nas, stawia wymagania, oczekuje, pragnie, daje, zostawia, odchodzi na drugi plan, zakrywa swą twarz. Każdego dnia bez wyjątku. Wieczór – sen – zaufanie. Zawierzenie. Zasypiam, tak jak tego dokonam w ostatnim momencie swojego życia. Zasypiam każdego dnia nie wiedząc czy jutro się obudzę. Bóg daje nam znak, byśmy namacalnie mogli doświadczyć cząstki śmierci.

Po różnych doświadczeniach wiem, że każdego dnia wieczorem przed snem, muszę mieć pewność, że wykonany plan tego dnia, głos powołania nie został zagłuszony lecz w pełni zrealizowany. Kładąc się nie mogę zostawiać spraw niedokończonych, lecz żyć i cieszyć się życiem jakby jutro miałby być koniec.

Chce, aby słowa św. Mateusza – „Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”[2], „Oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim”[3]

Chce z Nim każdego dnia iść i głosić Słowo, gdyż 
„Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.”
By móc wieczorem kładąc się spać mieć pewność, że na powołanie każdego dnia odpowiedziałem pełną parą: TAK. By Bóg mógł kierować moim życiem, bym każdego dnia był przygotowanym na powołanie do Domu Ojca. Pragnę czuwać, gdyż tak nauczał – „Czuwajcie, bo nie znacie dnia, ani godziny”[4]. Pragnę powracać do Niego, za każdym razem gdy zbłądzę. Pragnę wierzyć bo mówił: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”[5]

I ja i Ty, i każdy z nas niech zawsze czuwa, nawraca się i wierzy, bo nieznany dnia ani godziny.



[1] Fragment Mt 4, 19
[2] Mt 4, 20
[3] Mt 4, 22
[4] Mt 25, 13
[5] Mk 1, 15